niedziela, 26 marca 2017

Żeńskie końcówki



 "Poradnik Językowy", rok 1904 - źródło

Jakiś czas temu Kiciputek upubliczniła takie oto zdjęcie. Zgadzam się, że sama tablica jest problematyczna – znacznie bardziej uderzyła mnie jednak dyskusja, która rozegrała się pod postem. To w zasadzie mini-laboratorium tego, jak wygląda większość rozmów o potrzebie (bądź jej braku) używania żeńskich form nazw zawodów, z którymi stykam się raz na jakiś czas. A ponieważ wszystkie one pokazują dość jasno, że przepracowanie tej kwestii jest potrzebne, niniejszym dorzucam swoją opinię.

Najpierw jednak podstawy. Dla mnie wartość wprowadzania żeńskich form jest zupełnie jasna, najwyraźniej jednak nie wszyscy rozumieją taką potrzebę, stąd – dla porządku – streszczenie kwestii oczywistych. Owszem: to, jak nazwiemy kobietę wykonującą dany zawód, jest drugorzędne wobec tego, żeby w ogóle mogła ona w nim pracować. Nazewnictwo jest jednak sprawą na tyle zależną głównie od społecznej świadomości i przyjętych zwyczajów, że akurat w jego przypadku dyskusja może być głównym środkiem do zmiany – podczas gdy przy innych problemach dużo bardziej potrzebne mogą być rozwiązania systemowe. I nawet jeśli nie ogranicza ono wprost niczyich możliwości zawodowych, to jednak je sugeruje, zwłaszcza w kontekście takim, jak gazetka szkolna. Twierdzenie, że męskie końcówki są odpowiednie dla wszystkich, jest z kolei reprodukowaniem odbijanego w języku męskocentrycznego myślenia o świecie. W tym wypadku godzi ono także w samych mężczyzn, bo akceptacja dla wykonywania przez nich stereotypowo kobiecych zawodów jest generalnie niższa niż dla zajmowania przez kobiety stanowisk „męskich” (co dotyczy zresztą także kwestii pozazawodowych; służę przykładami dla opornych, z najprostszą kwestią ubrań na czele). To wynika jednak z kolei z postrzegania tego, co przypisywane mężczyznom, jako uniwersalnie godnego aspirowania, podczas gdy to, co „kobiece”, oceniane jest jako gorsze i zawstydzające. A jeśli nie, dlaczego to nie formy żeńskie są powszechne i stosowane również na określenie mężczyzn?

Doskonale pokazuje to dyskusja pod postem Kiciputka. Pojawia się w niej sporo wypowiedzi kobiet twierdzących, że nie chcą żeńskich form nazw swoich profesji, bo brzmią one komicznie, niepoważnie czy „uwłaczająco” (!). Jeśli kobiecie, która rzeczywiście wykonuje dany zawód (czyli nie mówimy tu o potencjalnie śmiesznej teorii, tylko o czymś, co się naprawdę dzieje), uwłacza żeńska forma jego nazwy, ewidentnie mamy problem ze społecznym pojęciem kobiecości. Podobnie fakt, że niektórzy komentujący „nie widzą problemu” z tablicą niekoniecznie świadczy o tym, że go tam nie ma – raczej o bardzo głębokim zakorzenieniu pewnych schematów myślowych (przypomnijmy: wpływających na kształt rzeczywistości). I tego też prawdopodobnie dowodzi sama tablica: bo zgadzam się, że raczej nie jest to efekt działania celowo seksistowskiego, tylko nieprzemyślanego – ale nie bez przyczyny brak głębszej refleksji daje takie właśnie rezultaty.

Mam też wrażenie, że o ile samej tablicy da się jeszcze jakoś bronić (powiedzmy, że trochę ratują ją obrazki), o tyle samo to, jak wiele osób postanawia poświęcić swój czas na stwierdzenie, że Kiciputek robi problem z niczego, dość jasno dowodzi jego istnienia. Jeśli kwestia żeńskich końcówek jest nieistotna, czemu tyle osób tak usilnie z nimi walczy, w dodatku nie tyle podając sensowne argumenty, co raczej próbując ośmieszyć sprawę? A ten motyw jest (he he) odmieniany na wszystkie sposoby.

Bezsensowności tworzenia żeńskich form mają dowodzić wszelkie formy czepiania się pojedynczych słówek. Powtarza się na przykład wytykanie, że niektóre z nich będą brzmiały tak samo, jak istniejące już rzeczowniki o innym znaczeniu – tylko co z tego? Homonimów mamy w języku mnóstwo, w tym część także będących nazwami zawodów (polecam przy okazji cały fanpejdż), i nie zauważyłam, żeby przeszkadzały one komuś w innych przypadkach. Kolejna kwestia to stwierdzanie, że część z żeńskich form będzie budzić ośmieszające skojarzenia. Tu wkracza dowcipne pytanie o to, jak nazwiemy kobietę kierującą tirem – tyle że (przepraszam, że psuję zabawę) fakt, że jedno potencjalne słowo będzie się źle kojarzyć, w żaden sposób nie jest argumentem przeciwko całemu zjawisku. A może po prostu wymyślimy inną formę, jeśli będzie ona potrzebna, i ruszymy dalej?


Jedyne, co sprawia, że niektóre słowa brzmią obecnie dziwnie, to brak osłuchania z nimi. Fakt, że język ciągle się zmienia i adaptuje do nowych sytuacji jest chyba jednak powszechnie znany, dlaczego więc akurat w tym wypadku ma to być problem? (Bo przecież absolutnie nie przez seksizm, to wymysł wściekłych feministek.) Tym bardziej, że to poczucie dziwności jest jednak dość arbitralne. Część osób narzeka, że nienaturalnie brzmią dla nich nawet „psycholożka”, „antropolożka”, „fotografka” czy „kulturoznawczyni” – co z kolei jest zaskoczeniem dla mnie, bo sama odbieram te słowa jako całkowicie neutralne i byłam przekonana, że są dobrze zakorzenione w języku. Co więcej, kiedy zdarza mi się widzieć kobiety określające się jako „biolog” czy „nauczyciel” (co już w ogóle wprawia mnie w osłupienie) mam nieodparte wrażenie zwykłego błędu językowego – przecież akurat tu żeńskie formy są używane powszechnie, a generalnie w języku polskim różnicuje się końcówki ze względu na rodzaj.

Oczywiście przy subiektywności granicy tego, które słowa są już przyjęte, a które jeszcze nie, konkretne normy odnośnie ich stosowania trudno wyznaczać którejkolwiek stronie – dlatego też nie chciałabym nikogo zmuszać do samookreślania w sposób, który uważa za sztuczny (przy czym umówmy się, że mówimy o „kierowczyni”, nie „nauczycielce”). Jakkolwiek jednak stwierdzenie, że język musi ewoluować naturalnie, bez siłowych regulacji, jest słuszne, zakłada ono jednocześnie, że trzeba na tę ewolucję pozwolić. Jeśli więc jakaś osoba chce używać żeńskich końcówek (i prosi o to w odniesieniu do niej samej), na miejscu byłoby chyba to uszanować, a nie wyśmiewać. Tym bardziej, że nie jest to przecież żadna fanaberia: tworzenie żeńskich form na określenie kobiet jest zgodne z zasadami języka polskiego; są dziedziny, w których już od dawna jest ono powszechnie przyjęte; w żaden sposób nie utrudni to zorientowania się, o jaki zawód chodzi.

Nie wymaga to dużo wysiłku – jedynie trochę dobrej woli. Tak, tego typu zmiany w języku sprawiają pewne problemy na co dzień: bo granica tego, które słowa są już powszechnie przyjęte, a które jeszcze nie, jest płynna i dość arbitralna; bo można się zwrócić do kogoś nie tak, jak akurat by chciał; bo trzeba zmienić swoje przyzwyczajenia językowe. I tak, czasami wymagają one trochę więcej pracy: na przykład umieszczenia w gazetce szkolnej dwa razy większej ilości wyrazów, co w fejsbókowych komentarzach pojawiło się jako przykład niedorzecznych wymagań. Tylko – dlaczego…? Jak trudno byłoby to zrobić, ile czasu i materiałów by to pochłonęło? Czy wykonanie gazetki jak należy, żeby podkreślić, że uczniowie i uczennice są jednakowo zachęcani do korzystania z różnych możliwości, jest pracą niewartą potencjalnych efektów?

I właściwie to postrzegam jako sedno problemu. Kwestia żeńskich końcówek jest bardzo często omawiana na poziomie mniej lub bardziej ciętych ripost – ktoś czepia się słówek albo rzuca głupie żarty; inni odpowiadają mu polemizując na poziomie tych szczegółów, tak, jakby faktycznie stanowiły one sensowny argument, a nie zwykłą próbę ośmieszenia sprawy. A przecież tak naprawdę nie chodzi o to, jak konkretnie będzie się nazywać kobieta ze stopniem doktora, tylko o szacunek dla innych ludzi. Czy wykonanie drobnego wysiłku, żebyśmy jako społeczeństwo na jednym więcej polu zmierzali w stronę równości i wzajemnego poszanowania, to naprawdę za dużo? Bo jeśli tak, nie udawajmy, że problem leży w gramatyce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz