czwartek, 24 września 2015

Zło konieczne

Oficjalny patronat nad postem obejmują Lily i Marshall. Kto mógłby być lepszy?


Rzadko kiedy czuję się pewnie z pozycją, z której piszę tekst: bo na pewno za mało wiem, nie dość dobrze się znam i ogólnie słabo przemyślałam temat. Z radością stwierdzam więc, że tym razem nareszcie jest inaczej. Będę mianowicie pisać o małżeństwie: a ponieważ siedem z dotychczas przeżytych dwudziestu czterech lat spędziłam w jednym związku, od lat czterech sformalizowanym (tak, szok i niedowierzanie; nie, nie mamy dziecka), przyjmuję, że mniej więcej wiem, o czym mówię. A w każdym razie na tyle, żeby móc polemizować z pewnym szczególnym typem postrzegania tej instytucji, na który zdumiewająco często natykam się i w różnorakich tekstach (niekoniecznie wysokich lotów, ale nieodmiennie popularnych) i, przede wszystkim, w cudzych wypowiedziach, a który maksymalnie daje się streścić do stwierdzenia: małżeństwo to zło konieczne.

I. Ślub to moment przełomowy w związku...

Ślub nie bierze się znikąd. Jego zawarcie ma konkretną bazę w postaci udanego związku dwóch doskonale się znających i kochających osób; a jeśli nie, błąd naprawdę nie tkwi w samym małżeństwie, ale w nieodpowiedzialnym podejściu do niego. To nie żadna "nowa droga życia", tylko dalszy (choć oczywiście nie konieczny) krok w tym samym kierunku, w którym pobierający się ludzie, jak zakładam, podążają już od dłuższego czasu. Czy naprawdę godzina w kościele albo urzędzie powinna i może przeformułować całą relację pomiędzy nimi?
II. ...po którym wszystko się zmieni...
"Już nie będzie wspólnych balang i wypadów na mecz" z przyjaciółmi, o czym przypomina się obecnym na każdym weselu. Teraz wyjścia tylko razem; w ogóle wszystko tylko razem, a już najlepiej z dodatkowym towarzystwem jak najszybciej spłodzonych dzieci. Piwo z kumplami raz na kwartał, za pozwoleniem i tylko na dwa, obcasy i mini poza domem wyłącznie z mężem pod rękę, ewentualne zainteresowania zamienione na odkurzacz i garnek z rosołem, a potem jeszcze tylko koniec seksu i mamy kompletny obraz życia małżeńskiego.
Nie wątpię i nie zaprzeczam, że w niektórych związkach obowiązują takie stosunki. Twierdzę natomiast, że absolutnie nie jest to jedyny możliwy rozwój wydarzeń - i hej, mam na to twarde dowody: sama sprawdziłam. Co prawda zapewne w końcu dopadnie nas z Michałem jakaś katastrofa, bo jeśli już ktoś tu coś wychodził, to raczej ja, a Malvina Pe. (blogerka wyzwolona bardziej niż "Cosmopolitan"), wie, że to nie ma prawa skończyć się dobrze - ale póki co od tych siedmiu lat jest wielce okej i wręcz jakby coraz lepiej. Oboje mamy czas na swoje zainteresowania, imprezujemy dokładnie tyle i tak, jak chcemy (i razem, i osobno), a nawet, o zgrozo, okazjonalnie spotykamy się sam na sam z przedstawicielami płci przeciwnej. Ponadto zaś pokazujemy sobie nawzajem pięknych ludzi na ulicy, on raczy mnie opowieściami o Emmie Stone, a ja jego o mojej wielkiej miłości do Spike'a z Buffy (nie da się oprzeć tym tlenionym włosom). 

Nie piszę tego, żeby ustanawiać jakąś normę. Wręcz przeciwnie: chcę pokazać, że zasady mogą być różne. Ale - i tu już mówiłabym o pewnym stanie pożądanym - powinny one satysfakcjonować obie strony relacji. Jeśli natomiast ktoś czuje się w swoim małżeństwie uciskany, należałoby chyba coś z tym zrobić. Związek nie ma być karą.

III. ...a wierność stanie się konieczna

W rzeczy samej: niezależnie od tego, jak konkretnie wyznaczamy granice zdrady, najbardziej prawdopodobne jest, że nasz życiowy partner będzie chciał mieć na pewne rzeczy wyłączność. Tylko dlaczego, do cholery, przed ślubem ma być inaczej? Dlaczego na wieczorze panieńskim i kawalerskim jeszcze "można zaszaleć", bo to ostatnia chwila, a sypianie z kimś żonatym jest gorsze, niż z kimś, kto jest w związku nieformalnym? Esencję tego niepojętego dla mnie toku myślenia stanowi krótki, lecz kuriozalny dialog z Czterech wesel i pogrzebu (filmu, któremu do kompletu Szkodliwych Treści z Komedii Romantycznych brakuje chyba tylko bridezilli). Oto zaręczona bohaterka rozmawia z kochankiem o perspektywie przyszłego sypiania wyłącznie z mężem:

- Nie boisz się, że będziesz niewierna?
- Nie. Nie kiedy już się pobierzemy. Powiedziałam Hamishowi, że go zabiję, jeśli mnie zdradzi, i zamierzam się tego trzymać. (1:29; nie znalazłam lepszej jakości; co...?)

To przejaw myślenia, z którego wynika, że tak naprawdę o powadze związku decydują wyłącznie obrączki na palcach. Aż do ślubu natomiast ludzie tak się tylko zabawiają, do tego stopnia niezobowiązująco, że nawet zdradą nie ma się co przejmować (ba, jak widać można z powodzeniem nakręcić filmowy przebój przedstawiający ją jako wzruszająco romantyczną historię; kto w ogóle współczułby starszawemu narzeczonemu, kiedy konkurentem jest Hugh Grant). Abstrahując już od faktu, że taki paradygmat uniemożliwia traktowanie serio relacji nieformalnych, choćby ludzie byli ze sobą od trzydziestu lat i kochali się do szaleństwa, skąd w ogóle decyzja o przedłużeniu na resztę życia związku, który przed ślubem jest tak luźny, i w którym brak elementarnej dbałości o uczucia partnera? 
Jeśli swoboda seksualna jest dla kogoś na tyle ważna, a partner(ka) ma na nią inne zapatrywania i nie chce bawić się w Millenium, można po prostu nie decydować się na ślub. Obecnie w naszym kręgu kulturowym na całe ogromne szczęście odeszliśmy już od takiego modelu życia małżeńskiego i poza jakimiś tragicznymi, wyjątkowymi sytuacjami ludzie sami decydują, czy i kogo chcą poślubić. Co umożliwia również uniknięcie związku z osobą, która jednak popiera poglądy numer I i II, jeśli nam one nie odpowiadają. 



Brak tej ostatniej refleksji zdumiewa mnie w omawianym toku myślenia chyba najbardziej. Po swoich zaręczynach poza gratulacjami wysłuchałam też porcji raczej niepokojących uwag (o natężeniu, naturalnie, odwrotnie proporcjonalnym do mojej zażyłości z mówiącym). Przyznam, że zatroskane pytania, czy aby na pewno chcę już tego spróbować, stwierdzenia, że przecież powinnam jeszcze się wyszumieć, oraz ogólne sugestie, że przecież jeszcze mogę się rozmyślić, istotnie skłoniły mnie do myślenia: przy czym nie tyle nad słusznością własnej decyzji, ile nad tym, co owi ludzie (z długim stażem małżeńskim) jeszcze robią w swoich związkach, skoro najwyraźniej są one okropne. A jednak nikt nie próbował mnie nakłonić, żebym nie wychodziła za mąż w ogóle: tylko jeszcze nie teraz. A później, przepraszam, to co? Już może być kijowo? 

To takie utrwalanie przekonania, że słabe małżeństwo to normalne małżeństwo, a już każde na pewno jest lepsze niż jego brak. Słowem, nie ma co za dużo wymagać: kiedy skończy się nasz limitowany czas na "wyszumienie", trzeba brać co podleci i stworzyć może nie szczęśliwe, ale przynajmniej jakieś stadło. Przecież po "najpiękniejszym dniu w życiu" siłą rzeczy może być już tylko gorzej. Takie przekonanie doskonale zgrywa się z kulturą obfitującą w narracje o ludziach poszukujących miłości, dla których szczęśliwym zakończeniem jest to pocałunek w deszczu, to ślub, dostarczającą natomiast bez porównania mniej historii pokazujących, co dalej - i że to też może być fajne. A przecież jakieś wzorce tego, co zrobić, żeby dobrze było przez lata, a nie pięć minut finałowej sceny, ewidentnie przydałyby się bardziej. Bo naprawdę można być jak Marshall i Lily. 



1 komentarz:

  1. Jestem rok po ślubie. Tak naprawdę zawarliśmy związek małżeński, ponieważ potrzebne nam to było w dokumentach za granicą. I powiem Ci szczerze, że od momentu wypowiedzenia urzędowego "biorę sobie Ciebie..." nic się nie zmieniło, tym samym nic się ani nie polepszyło (bo cały czas było i jest świetnie) ani nie popieprzyło, prócz może tego, że wypada nosić obrączkę, a nie lubię biżuterii na palcach.

    Nie we wszystkie miejsca chodzimy razem, mąż lubi zostać sam w domu, a ja lubię wyjść. W drugą stronę jest tak samo, a niech sobie idzie na piwo :P Koniec końców, my lubimy razem wychodzić też. Dlatego to jest równie częste i nie tylko tyczy się spotkań. Wędrujemy razem po górach, albo ja wędruję po nich sama, co też jest piękne, bo kiedyś miałam partnera, który mi zabraniał samodzielnych wycieczek.... nie ważne.
    Końca seksu nie przewiduję.

    Heh, też mamy takie zajawki na pokazywanie sobie pięknych ludzi. Spike wygląda fantastycznie także poza scenerią z filmu, Ty widziałaś te jego sesje na motocyklu? mrrr..
    No i Khal Drogo, dżizas, gdzie są tacy mężczyźni!?

    Mój mąż usłyszał od kumpla przed ślubem, że przepadnie mu kolega. I w istocie tak się stało, bo ów wspomniany, nieco zaczął przesadzać z krytyką, a ile można znieść takiego towarzystwo? No ile? Dodam dla usprawiedliwienia, iż sam aktualnie jest w wieloletnim, bardzo nieszczęśliwym małżeństwie.

    Jedyna wda małżeństwa jest taka, że rodzina już wsiada nam na głowę, żeby się wreszcie rozmnażać. Ostatnio nawet miałam poważną rozmowę dotyczącą tego, że jedno dziecko to bez sensu, że trzeba mieć co najmniej dwójkę, a przecież ja wcale nie przyznałam, że chcę mieć jakiekolwiek...

    Bardzo podoba mi się Twój pogląd, styl pisania, to jak opowiadasz, zapisuję sobie Twój adres, by wpadać częściej ;)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń