czwartek, 10 września 2015

Solidarność, równość, pieniądze



Istnieje pewien (jak sądzę doskonale wszystkim znany, a przy okazji nadchodzących wyborów podnoszony jakby jeszcze chętniej) sposób myślenia o ludziach bogatych znakomicie ujęty w tym oto obrazku Kiciputka. Kiciputka, którego twórczość ogólnie rzecz biorąc lubię; ponieważ jednak o niczym nie mam potrzeby pisać tak bardzo jak o kwestiach, z którymi się nie zgadzam, dopiero do takiego właśnie posta się odwołam. Zapewne można z tego wyciągnąć jakieś wnioski.
 
Na początku zastrzegę jeszcze, że odmawiam przyjęcia optyki typu "nakradł, to ma". Odgórne zakładanie, że żadna większa (zapewne od tej posiadanej przez wygłaszającego opinię) ilość pieniędzy nie mogła zostać zarobiona uczciwie kojarzy mi się jak najgorzej i skłania do kwestionowania moralności przede wszystkim wyznawców takich poglądów. Oczywiście, nierzadko ludzie dobrze sytuowani dochodzą do swojej pozycji dzięki wyzyskowi pracowników, unikaniu podatków i innym nieuczciwym posunięciom. Z pewnością nie dotyczy to jednak wszystkich, a tak czy inaczej powinno zostać rozwiązane regulacjami prawnymi dotyczącymi tych konkretnych kwestii (jak choćby rozsądna płaca minimalna), a nie różnicowaniem wysokości podatku dochodowego.

Z tym ostatnim działaniem mam natomiast jeden zasadniczy problem: stoi za nim założenie, iż powyżej pewnego arbitralnie ustalonego poziomu dochodów pieniądze są wydawane już tylko na luksusy, których brak nie stanowiłby żadnej istotnej przykrości - dokładnie jak u Kiciputka. Ponieważ zaś wielu ludzi ma finansowe trudności, de facto niepotrzebne właścicielom pieniądze należy przekazać tym pierwszym; jeśli nie bezpośrednio, to poprzez państwo. Nie zgadzam się z takim rozumowaniem, ale wciąż mogłabym umieścić je wśród poglądów alternatywnych wobec moich, które szanuję jako odmienną wizję świata i zostawiam w spokoju - gdyby nie fakt, że wśród głosicieli tego typu opinii dostrzegam bardzo (mnie) drażniącą dawkę hipokryzji.
 
Przyjmuję mianowicie, iż ludzie wytykają innym zbytki, ponieważ przeznaczane na nie pieniądze chcieliby raczej przekazać osobom, które nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb życiowych (bo w ogóle nie rozumiem, dlaczego ktoś w lepszej sytuacji miałby domagać się cudzych pieniędzy). Ilu jednak spośród nich osobiście poprzestaje na wydatkach niezbędnych? Niezależnie od tego, czy będziemy poruszać się w kontekście polskim, czy globalnym (a zwłaszcza tym drugim, do którego zresztą odwołuje się przecież Kiciputek), znajdziemy osoby bez dachu nad głową i środków na wyżywienie. Czym, wobec obecności głodujących bliźnich, różni się na płaszczyźnie moralnej kupowanie cieni do powiek, niepraktycznych fanowskich gadżetów, książek (można wypożyczyć, ludzie obok nie mają na lekarza) czy piątej rozkosznej sukienki od budowy trzeciej willi? Wyobrażam sobie, że w oczach głodującego bezdomnego z ulic New Delhi każdy z tych wydatków jest jednakowo abstrakcyjny. Oczywiście, różnią się one skalą - ale proszę, wytłumacz mieszkańcom okolicy ze zdjęcia powyżej, dlaczego te wieczorne piwa na mieście czy inna czekolada po prostu należą ci się po dniu ciężkiej pracy, albo że miałeś zły humor, a nowa torba pomogła ci go poprawić.

To nie jest sarkazm. Całkowicie poważnie uważam, że wszystkie wydatki tego typu są wobec sytuacji na świecie (a i w kraju) w gruncie rzeczy niemoralne. Jestem po prostu zwyczajnie zbyt egoistyczna, żeby z nich zrezygnować - bo nawet jeśli dzielić się z innymi, to przecież nie wszystkim. "Potrzebuję" ładnego mieszkania, wyjść do knajpy i tej najntisowej bluzki - i zapewne tak samo można "potrzebować" piątego samochodu. Decyzja, od którego momentu wszystkie te zbędne wydatki są przesadą i powinny zostać ograniczone wraz z dochodami, jest czysto subiektywna. A twierdzenie, że zawsze to inni są rozpasani, ty zaś pozwalasz sobie na tylko trochę, to - jak słusznie zauważył Michał, kiedy konsultowałam z nim temat - zwykłe przerzucanie odpowiedzialności.

W pewnym sensie podobnie wygląda także obecna w Zeszycie Ćwiczeń kwestia równych szans. Naturalnie, że Bill Gates od początku znajdował się w uprzywilejowanej sytuacji życiowej. Większość osób nie ma na starcie aż takich ułatwień. Część natomiast ma z różnych powodów szczególnie przechlapane. Na tyle, że wystarczy nie pochodzić z rodziny patologicznej, być w stanie samodzielnie korzystać z przestrzeni publicznej albo dysponować pieniędzmi na okazjonalne wyjazdy z zamieszkiwanej wsi do miasta z dużą biblioteką, żeby mieć nad nimi przewagę. Można więc popaść w resentyment i roztkliwiać się nad tym, że twoi rodzice zamiast prezesować pracowali w sklepie, co nie ułatwiło ci kariery - ale można też dostrzec, że ci sami rodzice nie zostawiali cię z szóstką młodszego rodzeństwa, kiedy sami wychodzili pić, i dzięki temu mogłaś swobodnie się uczyć. Jest to niewątpliwy przywilej - jak odrzucić go w imię sprawiedliwości społecznej? I o ile tu jeszcze widzę jakieś rozwiązanie (pomoc dzieciom w drugiej sytuacji), o tyle nie mam pojęcia jak sprawić, żeby ogólna suma atutów wynoszonych z domu rodzinnego była dla wszystkich taka sama. Jakiś czas temu zwierz popkulturalny bardzo mądrze pisał o przywileju wiedzy, także w kontekście zależności tej ostatniej od wychowania. Jak jednak można ujednolicić kapitał kulturowy przekazywany nam wszystkim w dzieciństwie? Nawet jeśli wszystkie szkoły będą edukować jednakowo (czy w ogóle) dobrze, zawsze ktoś będzie miał rodziców z profesurą (którzy mogą za to nie przekazać mu innych istotnych umiejętności); ktoś wreszcie będzie mieć talent do czegoś, z czym inni sobie nie radzą - czy powinien go nie wykorzystywać? I tu akurat wolny rynek nie ma nic do rzeczy. Nie da się stworzyć warunków, w których wszyscy będziemy mieli dokładnie takie same szanse. Nie widzę na to sposobu innego, niż przymusowe równanie do dołu.


Nie twierdzę, że nie należy pomagać innym - wręcz przeciwnie. Na tyle, na ile da się je przeprowadzić, potrzebne jest wyrównywanie szans; potrzebna jest też pomoc finansowa dla tych, którzy bez niej sobie nie poradzą, a jeszcze bardziej zapewnianie im możliwości godnego zarobku. Właściwie nie mam szczególnie rozbudowanych argumentów przekonujących, dlaczego - coś o etyce i byciu ludźmi, zapewne. Ale jeżeli w tym dążeniu do "solidarności społecznej" wymagamy od innych więcej niż od siebie, może należy znaleźć jakieś inne słowa na określanie podobnych procesów.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz