niedziela, 4 stycznia 2015

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Jeśli w tym wypadku komukolwiek robi to różnicę: w tekście są spoilery.


Może to błędne wrażenie, ale wydaje mi się, że w przypadku ocen najnowszego Hobbita rolę większą niż zazwyczaj odgrywa osobisty stosunek komentatorów do filmu. Postanowiłam więc dołączyć do zabawy i też poczynić na początku wyznanie z głębi duszy. Otóż: twórczość Tolkiena lubię i poważam, ale nie jestem jej specjalną fanką, jacksonowskiego Władcę Pierścieni widziałam prawdopodobnie mniej razy, niż powinnam, a już poprzednie części adaptacji Hobbita, choć zasadniczo przyjemne, poruszyły mnie raczej słabo i na krótko. Na ostatnią z nich szłam więc do kina bez wielu emocji - i jeżeli ten tekst jest dość zdecydowany w tonie, to nie dlatego, że twórcy zranili moje uczucia czy nie sprostali hołubionym wyobrażeniom. Ja po prostu srodze wymęczyłam się na seansie bardzo moim zdaniem złego filmu.

Jackson dokonał rzeczy zdumiewającej. Nie tylko opierając się na trzystustronicowej książce stworzył trzy długie filmy, ale też rozpędził się przy tym tak, że w jednym z nich dzieje się za dużo, za szybko i za bardzo. W Bitwie Pięciu Armii kolejne wydarzenia następują po sobie jak w kalejdoskopie: tu pada Smaug, tam najmocarniejsi obywatele Śródziemia ścierają się podczas krótkiego acz imponującego zjazdu (w którym biorą udział również Upiory Pierścienia drastycznie odstające wizualnie od całej reszty otoczenia - nie mam pojęcia, skąd tak fatalne efekty wzięły się w tak drogim filmie), ówdzie orki wyjeżdżają z wnętrza góry na gigantycznych robalach à la Diuna. Absolutnie nie mam nic przeciwko wartkiej akcji jako takiej; w przypadku Hobbita problem polega jednak na tym, że tempo wydarzeń jest zupełnie niedostosowane do ich typu. Jackson sięga po rozwiązania epickie do potęgi: dwóch krasnoludów kładzie setkę orków, Thranduil jednym cięciem pozbawia głów sześciu przeciwników wiszących na rogach łosia, Legolas to skacze po unoszących się w powietrzu kamieniach z sypiącego się mostu, to steruje trollem za pomocą wbitego w jego głowę miecza. Każdą tych rzeczy z osobna byłabym chyba w stanie zaakceptować - zdroworozsądkowa percepcja może ustąpić przed epickością, heroiczne czyny potrafią porywać. Żeby jednak tak się stało, potrzebna jest odpowiednia oprawa: podniosły język (w przypadku filmu przekładający się na przykład na pracę kamery czy muzykę), budowanie napięcia, retardacje pozwalające wybrzmieć wielkim wydarzeniom. Tego wszystkiego w Bitwie Pięciu Armii nie ma, a wielkie w założeniu sceny rzucane jedna po drugiej bez odpowiedniego oddechu stają się zupełnie groteskowe. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęłam poważnie zastanawiać się, czy najnowszy Hobbit nie jest po prostu świadomie parodystyczny - ale biorąc pod uwagę, iż poprzedza go pięć innych filmów Jacksona o Śródziemiu, z których żaden nie wykazuje takiej tendencji, a nie dostajemy wskazówek o nagłej zmianie perspektywy, byłby to nadzwyczaj dziwny zabieg.

Bitwa... ma zresztą problem z dynamiką jako całość, nie tylko w odniesieniu do poszczególnych scen. Śmierć Smauga, która stanowi przecież bardzo istotny element przedstawionej historii, pomimo dość podniosłej sceny starcia smoka z Bardem zupełnie nie wybrzmiewa. Wrzucona na początek filmu (podczas gdy mogłaby stanowić efektowne zakończenie poprzedniej części) staje się zaledwie koniecznym zamknięciem wątku pozwalającym reżyserowi zająć się innymi sprawami. W dodatku zaś padający smok przygniata włodarza miasta, co zapewne ma stanowić element komiczny. Po co jednak komizm w momencie pokonania antagonisty, przed którym do tej pory wszyscy drżeli w przerażeniu zupełnie na poważnie? Ten potencjalny punkt kulminacyjny historii w ogóle nie zostaje więc wykorzystany, a następnego w zasadzie nie ma. Tytułowe starcie ciągnie się bez końca, bohaterowie rozpełzają się w jego trakcie po okolicznych wzgórzach i nie ma tu ani stopniowania napięcia, ani jego apogeum. Nawet kolejne śmierci bohaterów to tylko część łańcuszka wydarzeń.

Nie pomaga też praca kamery. W najlepszym razie ujęcia są dość krótkie, w najgorszym perspektywa skacze między twarzami bohaterów co mniej więcej dwie sekundy (liczyłam). Nie tylko jest to męczące, ale też nie pasuje do patosu przedstawianych wydarzeń. Wzniosłość pomagają budować powolne przejazdy kamery czy szerokie plany - poszatkowany montaż zamiast tego wzmacnia wrażenie pośpiechu narracyjnego i chaosu.

Zawodzi (przynajmniej mnie) również muzyka. Ani nie zachwyca, ani nie odgrywa większej roli: teoretycznie pasuje do nastroju poszczególnych scen, ale sama nic do niego nie dodaje. Wyjątek stanowi jedna z końcowych sekwencji, w której pojawia się melodia Pierścienia - ale tę już jakby znamy.

Kolejny problem stanowią bohaterowie. Jak było do przewidzenia, hobbit w Hobbicie jest właściwie niepotrzebny. Można to zrzucać na karb wierności Tolkienowi (wszak w książce Bilbo przeleżał bitwę nieprzytomny) - gdyby tylko w odniesieniu do dzieła Jacksona mówienie o takim zjawisku w ogóle było sensowne. Skoro zaś reżyser zdecydował się na poświęcenie starciu osobnego filmu, powinien zrobić coś z faktem, że rola tytułowego bohatera nagle zostaje drastycznie ograniczona.

Bilbo i tak nie znajduje się tu jednak w najgorszej sytuacji: dostaje krótki, ale zawsze jakiś czas ekranowy. To znacznie więcej, niż przysługuje krasnoludom, z których tylko Thorin, Kili, Fili, Balin i Dwalin w ogóle biorą udział w jakichkolwiek dialogach. Poza nimi mamy zaś osiem do tej pory istotnych, a obecnie niemych krasnoludzkich postaci plątających się zbiorowo gdzieś na drugim planie. Zamiast nich są natomiast eksponowani inni bohaterowie, spośród których najbardziej niepotrzebny wydaje mi się Alfrid. Czym jego mnożąca i tak zbyt liczne wątki historia zasłużyła sobie na umieszczenie w filmie kosztem już istniejących bohaterów?

Niezmiennie irytujący pozostaje też międzygatunkowy wątek miłosny. Do problemów związanych z samym faktem jego istnienia dołącza tu jeszcze jeden: koszmarnie sztampowe rozmowy Tauriel i Thranduila. Ta pierwsza wypowiada zdania tak nowatorskie, jak "jeśli to jest miłość, to ja jej nie chcę", ten drugi zaś ma najwyraźniej wbudowany magiczny czujnik pozwalający stwierdzić, kiedy ból po czyjejś śmierci jest jeszcze na poziomie zranienia po stracie zauroczenia, a kiedy świadczy już o prawdziwej miłości.


Wszystkie te wady Bitwy... wpłynęły na mój jej odbiór do tego stopnia, że nie jestem w stanie szczerze pisać o jakichś związanych z filmem pozytywach. Wiem, że niektórym bardzo podobał się wątek szaleństwa Thorina - mnie on nie poruszył; wiem, że aktorstwo jest tu dobre - i też nie potrafię się nim zachwycać. Właściwie jedyne, co budzi moje cieplejsze uczucia, to ewidentnie wyłażące z Jacksona fanostwo względem Tolkiena, widoczne zresztą i w pozostałych Hobbitach. Reżyser wyciąga różnorakie drobiazgi z chyba wszelkich dostępnych tekstów pisarza, wprowadza bojowe nietoperze, trolle w pięciu smakach oraz krasnoludy na wieprzach, i nawet jeśli artystycznie ten nadmiar inwencji nie kończy się dobrze, jakoś wewnętrznie uśmiecham się na myśl, że przynajmniej twórca dobrze bawił się przy filmie.


2 komentarze:

  1. Jako jedna z osób należących do grupy "niektórych" czuję się w obowiązku bronić Thorina (a raczej wykonawcę, którym był Richard Armitage) - obłęd pokazany w mowie, oczach, mimice, ruchach ciała, a wszystko to nieprzesadzone, z wyczuciem. Całkowicie mnie ujął (do teraz jednak nie jestem pewna czy bardziej ujęło mnie odgrywanie szaleństwa czy sam Richard...). Z resztą tekstu nie pozostaje mi nic innego, jak się zgodzić. No może z wyjątkiem kwestii Legolasa... Scena z nim, skaczącym po odrywających się kawałkach mostu, prawie mnie wzruszyła, a jakże rozbawiła! Od razu wróciłam do czasów dzieciństwa i Mario! Brakowało tylko niebieskiego kombinezonu i czerwonej koszulki, ale ostatecznie mogę przymknąć na to oko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie uważam, że ten wątek albo aktorstwo Armitrage'a są złe! Wspomniałam o nim właśnie dlatego, że wiem, iż może się to podobać. Po prostu na mój odbiór filmu negatywne emocje wywołane innymi czynnikami rzutują na tyle, że mimo wszystko Thorin nie był w stanie mnie poruszyć.

      Ps. Internet nigdy nie zawodzi: https://www.youtube.com/watch?v=oKSinf5zpOs

      Usuń