niedziela, 30 listopada 2014

Bohaterowie różnorodni


Nie będę recenzować Kosogłosa. Trzecia odsłona Igrzysk Śmierci doskonale spełniła moje oczekiwania względem niej: to niezła (choć nie porywająca) rozrywka na jeden raz. Fabuła jest dość dramatyczna, żeby wywoływać napięcie, ale zarazem na tyle naiwna, że trudno przejąć się nią tak naprawdę; poziom niedorzeczności nie wykracza poza ten z poprzednich części; Jennifer Lawrence ładnie śpiewa - w sumie dostajemy równą kontynuację serii, którą od początku trudno było uznawać za wybitną. Nie mam więc potrzeby specjalnie się nad filmem rozwodzić i nie pisałabym o nim w ogóle, gdyby nie jedna nadzwyczaj ciesząca mnie rzecz: otóż ten mainstreamowy, kasowy hit znakomicie radzi sobie z reprezentacją.

O tym, że kwestia płci jest w Kosogłosie rozegrana bardzo dobrze, wspominam właściwie dla porządku. W końcu nie bez przyczyny (i nie od dziś) Katniss stawiana jest za wzór osobowy dziewczynkom deprawowanym inną sagą. Można co prawda wskazywać, że istotny motor działań młodej Everdeen też stanowi troska o ukochanego, cały wątek romansowy nie jest jednak nadmiernie eksponowany, rozterki sercowe zdecydowanie przegrywają na liście priorytetów z miłością siostrzaną (co przecież brzmi niczym marzenie feministki), a poza Katniss dostajemy też całą gamę innych postaci kobiecych (bez jednoczesnego upośledzania bohaterów męskich).

Etnicznie też właściwie nie ma się do czego przyczepić. Właściwie, ponieważ w gruncie rzeczy choć w Kosogłosie reprezentowane mniejszości mają proporcjonalnie satysfakcjonujący udział wśród bohaterów (na kilku planach), to jednak ich różnorodność jest niewielka. Przyznam, że w pewnym momencie podczas seansu przypomniałam sobie o niedawno przeczytanej (i dość dla mnie szokującej) informacji, iż Azjaci i Latynosi stanowią 11% amerykańskiego społeczeństwa, ale mniej niż 2% postaci w tamtejszej telewizji (tyle samo jest w niej robotów i magicznych stworzeń), i trochę zastanawiałam się, co takim właśnie Azjatom po licznych czarnoskórych postaciach, skoro oni sami znów co najwyżej stoją gdzieś w tle. Przy tym jednak oczywiście znam często przytaczany argument, że tego typu myślenie może w pewnym momencie doprowadzić do zupełnie kuriozalnej (i w gruncie rzeczy dość przemocowej) sytuacji, w której twórca dostaje jakąś listę grup społecznych i musi dla nich wszystkich znaleźć miejsce w dziele - i jak najbardziej się z tym argumentem zgadzam. Złoty środek leży tu chyba gdzieś w stwierdzeniu, że w Kosogłosie widzimy niewielką pulę dobrze reprezentowanych mniejszości i to wystarcza, zaś pojawiania się innych oczekujemy (cóż, ja oczekuję) od kolejnych blockbusterów.

Najbardziej film kupił mnie jednak ukazaniem postaci dyskryminowanych (medialnie) w innym porządku: dwóch bohaterów z niepełnosprawnościami, z których jeden jeździ na wózku inwalidzkim, a drugi nie mówi. Obaj zostali okaleczeni przez Kapitol, ich kondycja bynajmniej nie jest jednak podporządkowana ukazywaniu okrucieństwa rządu. W ogóle w żaden sposób nie podlega ona tematyzacji: obaj mężczyźni pełnią role niezwiązane z niepełnosprawnością, a ich działania nie są przez nią ograniczone (ponieważ nie wiążą się z obszarami cielesności, nad którymi stracili władzę). Niemy Pollux komunikuje się niewerbalnie i bez przeszkód kręci filmy, Beetee na wózku jest takim samym genialnym wynalazcą jak wtedy, kiedy mógł chodzić - z punktu widzenia reprezentacji sytuacja chyba idealna.

Żeby zaś moje szczęście było zupełne, w Kosogłosie pojawia się jeszcze mężczyzna z większą ilością piercingów na twarzy i kobieta z wielkim tatuażem rozpełzającym się od głowy w dół. Obecność postaci z tak zmodyfikowanymi ciałami to oczywiście rzecz w porównaniu z poruszonymi wyżej wątkami zupełnie drobna; niemniej jednak cieszy. Zazwyczaj bowiem obdarzanie bohaterów cechami fizycznymi kojarzonymi subkulturowo pełni jakąś funkcję fabularną (znak a to młodzieńczego buntu, a to rozwiązłości), tutaj zaś nie wpływa na charakterystykę postaci. Oczywiście oboje bohaterów pochodzi z Kapitolu, tatuaż i piercingi nie do końca mieszczą się jednak w typie powszechnej tam ekscesywnej estetyzacji ciała: rozbuchane stroje, peruki i mocne makijaże to rzeczy z trochę innego porządku, podlegające ciągłym zmianom w zależności od mody i niezespolone z ciałem.


Nie czytałam książkowych pierwowzorów Igrzysk Śmierci, nie wiem więc, na ile takie rozgrywanie postaci jest ich zasługą. Z pewnością częściowo należy za nie dziękować autorce trylogii - wiadomo jednak, że z ekranizowanym tekstem potrafią dziać się bardzo dziwne rzeczy, mimo wszystko oddaję więc honory twórcom filmu. Co jak co, ale reprezentacja im wyszła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz