niedziela, 15 czerwca 2014

II: Don't bang the drum

Źródło. Koncert Goat - mój ulubiony występ z ostatniego Off Festivalu.
Wczoraj była mowa o sacrum, dzisiejszemu wpisowi patronuje utwór o nieumiejętności jego poszanowania.


W ostatnim poście pisałam o koncertach w tonie bardzo afirmatywnym. To „w poprzednim odcinku” niech posłuży nie tylko jako kontekstualizacja dzisiejszego tekstu, ale też przypomnienie, że z tymi wydarzeniami łączą się dla mnie uczucia przede wszystkim pozytywne - dlatego tak silnie odczuwam wszelkie ich zakłócenia. A będę się odnosić do ze wszech miar banalnego przejawu tych ostatnich: gadającej publiczności.

sobota, 14 czerwca 2014

I: With my feet upon the ground I lose myself between the sounds

Źródło. Ze Spodka zdjęć jeszcze nie ma.

Między innymi o muzyce.

Łatwiej jest mi pisać o problemach. Myślę, że przyczyny tego faktu rozpięte są gdzieś pomiędzy wrodzoną zrzędliwością a przekonaniem, iż jednak plucie jadem przy pewnej dozie konstruktywnych argumentów może mieć wartość interwencyjną. Kiedy natomiast coś mi się podoba, interwencję naturalnie uważam za niepotrzebną; po co więc się rozpisywać? Oczywiście widzę słabe strony tego rozumowania - także i fakt, że w ten sposób zwalniam się z nauki werbalizowania różnych uczuć, pracując tylko nad wyrażaniem takich, które (również w mowie) częściowo należałoby może raczej stłumić. Dzisiaj podzielę się więc tym, co dobre - bo hej, we wtorek byłam na koncercie NIN i znów wydarzyło się coś wspaniałego. Trochę rytuał. Trochę katharsis.